Ten świat jest niedoskonały. Nawet najwspanialsze umysły ludzkości mają swoje ograniczenia.
Przebiegły czytelnik już domyślił się na podstawie powyższego, że obiektem tych zapisków jest Jerzy Bernard Shaw. Niewątpliwie dzisiejsza Anglia rzadko może pochwalić się choćby
tuzinem ludzi zdolnych do tak wysokich lotów myśli (które są oddechem życia), jak pan Shaw. Jest praktycznie niepodatny na najmocniejszą krytykę.
Ale wydaje się, że istnieje jednak pewna wada w szmaragdzie jego umysłu; pewien zardzewiały element w jego torbie z narzędziami. Okazuje niemal całkowitą bezradność, nie będąc w stanie całkowicie oddzielić siebie od obserwowanego zjawiska. Przeplata teksty, aby łatwiej było z nich splatać swoje sznurki.
Doskonałym przykładem podobnego błędu byliśmy świadkami w jego książce o Wagnerze. Wagner był socjalistą, jak sam Shaw; i pan Shaw czuł się zobowiązany znaleźć socjalizm w jego operach. Podobnie jak monarcha mógłby łatwo zauważyć, że Wagner był królewskim faworytem, a jego opery - nie są niczym innym jak hołdem dla królewskiej władzy. Pozycja jest doskonała na tyle, na ile łatwo ją obronić. W rezultacie Shaw zdołał stanąć na tych samych grabiach, ponieważ czwarta dramat „Pierścienia”4 nie chciała wpasować się w jego schematy. Musiał od nas wymagać wiary w to, że Wagner jakoby bez powodu porzucił swój wielki i zasadniczy cel, porzucił całą drogę swoich rozważań i powrócił do prostych oper, całkowicie pozbawionych spójności. Na serio zmusza nas do wierzenia, że Wagner oszalał, jak w tej bajce o architekcie, który spędził czterdzieści lat swojego życia na budowie katedry, a następnie wyrzucił rysunki i zakończył ją minaretami. Ale wróćmy do naszych baranów, - czyli raczej do naszych lwów!
Krytyka chrześcijaństwa, podjęta przez wybitny umysł Shawa, zaznaczyła epokę w historii religii. Jego wstęp do „Androklesa i lwa” ma taką samą wartość, jak dziewięćdziesiąt pięć tez, które Martin Luther przymocował do drzwi kościoła w Wittenberdze. Pan Shaw, jak można się było spodziewać po tak oryginalnym myślicielu, wybrał najpiękniejszą perspektywę. Proponuje nam oczyścić nasze umysły ze wszystkiego, co kiedykolwiek słyszeliśmy o chrześcijaństwie, i ustabilizować się na pozycji dzikiego Indianina, którego nieuczone umysły czerpią swoje pierwsze lekcje z misjonarskich ewangelii. Tutaj czyni jedyną zastrzeżenie, zapewniając czytelnika, że ludzka wyobraźnia w pewnym stopniu odnosi się również do religii. To, oczywiście, bardziej przypomina przebijanie dziury w dnie łódki przed jej wodowaniem. Ale przyjrzyjmy się panu Shawowi takim, jakim jest.