Dwóch ludzi przychodzi do domu, w którym wcześniej nie byli, spotykają gospodarza, który z jakiegoś powodu przemienił się w ducha, i postanawiają, że ich wizyta nie jest na miejscu i lepiej będzie odejść. Ale łatwo to postanowić, a trudno wykonać. Przez cały czas trwania powieści błąkają się po ogromnym domu, który, jakby uwolniony po śmierci właściciela, wita ich to stadami widelców wędrujących po korytarzach, to fontanną tryskającą z akwarium, to innymi rzeczami, które miło opisać, ale nie tak przyjemnie doświadczać. Jeden z nich, wspominający o tej bezprecedensowej przygodzie, najwyraźniej bardzo nie lubi swojego opowiadania i robi wszystko, aby unikać jego bezpośredniej linii: powódź anegdot zalewająca jego mowę sprawia, że czytelnik czuje, jakie to jest iść drogą, na której nieustannie coś ci przeszkadza.