Wybraliśmy się na Wschód, nie nakreślając żadnej konkretnej trasy ani miejsc, które planowaliśmy odwiedzić. Mgliste pojęcie, że nasza mała grupa zachodnich racjonalistów, wchłaniających z mlekiem matki wiarę w technikę i empiryczną metodę poznania, wdziera się na teren irracjonalnego i metafizycznego.
Być może byliśmy uwikłani w powszechne przekonanie, że Wschód i Zachód są dwiema wzajemnie uzupełniającymi się połówkami jednego dużego całości i dochodzą do tych samych wniosków, choć różnymi drogami: Zachód — przy pomocy nauki, Wschód — przez oświecenia.
Z założenia powinniśmy całkowicie oddać się podróży, ciesząc się widokiem zakurzonych dróg, znikających w nieskończoności, i poddając się urokowi, który bije od nieznanych miejsc.
Wyjechaliśmy z Wenecji późnym wieczorem z chaotycznymi myślami: odtąd nie byliśmy ani racjonalistami, ani entuzjastami techniki.
Czy dotrzemy na Wschód? Czy zrozumiemy Wschód? Bóg jeden wie. Staraliśmy się przygotować do spotkania z cywilizacją indyjską, stworzyć warunki do konstruktywnego dialogu, opierając się na żyjącym w nas mistycyzmie, na naszym duchowym początku, ale nie przywiązując się do żadnej konkretnej religii. W rzeczywistości wszystko to szybko straciło dla nas znaczenie, albowiem drogi, pokryte kurzem wieków, mają swój własny czar, swoje cienie i słoneczne strefy, swoje sekrety, zagadki i tajemnice.
Codziennie stawaliśmy w obliczu resztek odległej przeszłości, skąd czasami zapalał się dziwny punkcik, który potem gasł sam, jednak zdążył zachwiać naszą pewnością, że żyjemy w najlepszym z światów i że postęp jest tożsamy z poprawą. To, co ginie w toku historii, czasami zasługuje na dokładne zbadanie.
W drodze na Wschód wciąż pozostawaliśmy więźniami komiksu i swobodnie fantazjowaliśmy, szlifując swoje narzędzie do dalszych badań. W komiksie wszystko wyraża się przez metaforę kresek i linii. U jego podstawy leży fikcyjna trasa, wspomnienie czegoś, co nigdy nie miało miejsca.