Praškiewicz, jak kot w opowiadaniu Kiplinga, — chodzi sam dla siebie. W tym tkwi jego różnica od większości krajowych fantastów. I nie tylko fantastów. Boris Strugacki słusznie określił ludzką i literacką istotę pisarza: „wieloraki, wszechwiedzący, wielotalentowany, doświadczony”. Tutaj na pierwszym miejscu „wieloraki”. To prawda. Pisarz powinien się zmieniać. Mówi się: zajął niszę. Nisz podróży pisarza oznacza śmierć. To miejsce, gdzie stoi jego urna i gdzie czytelnicy przynoszą mu żałobne wieńce.
Praškiewicz nieustannie się zmienia. To bardzo ważna jego cecha. Jak niemożność pozostania w jednym miejscu, miłość do podróży, wędrówek pieszych, przelotów z kontynentu na kontynent, wynikająca z młodości, z pierwszych doświadczeń terenowych, pragnienie poznawania świata oczami, rękami, skórą, dłubania go geologicznym młotkiem, wdychania jego wiatru, soli, jego dymów i mgieł, i wszystko nie dla przyjemności, nie dla turystycznego znaczka „Wania tu był”, wszystko z pożytkiem, wszystko dla przyszłej książki.
Zbiór składa się z prac autora z różnych lat.
Teksty wielu utworów, które znalazły się w książce, są przedstawione w nowej autorskiej redakcji i w niektórych miejscach znacznie różnią się od wcześniejszych publikacji.