Imię twórczego duetu Jewgienija Woiskunskiego i Isaja Łukodjanowa, chociaż nie zajmuje czołowej pozycji, jak na przykład imiona Iwana Jefriemowa, braci Strugackich czy Kira Bułyczowa, jest jedną z jaśniejszych kart w historii krajowej fantastyki. Już samo to, że ich pierwszy wspólny projekt – powieść „Załoga „Mekongu””, wydana na początku lat sześćdziesiątych, została wyróżniona z potoku rękopisów przez Arkadego Strugackiego, który w tym czasie był zatrudniony w redakcji Detgiza, wymownie o tym świadczy.
Książka napisana jest rzadkim dla ówczesnej fantastyki żywym, ludzkim językiem, pełna humoru i dobrej ironii, mistrzowsko ozdobiona szczegółami niepowtarzalnego życia południowego miasta nad Kaspem, a ludzie w niej to nie manekiny, nie schematy, nie chodzące megafony wyrażające jakiś projekt czy ideę, lecz po prostu ludzie, tacy sami jak my, nie geniusze, ale i nie głupcy. „Ur, syn Szama”, napisany ponad dziesięć lat później, formalnie przylega do „Załogi „Mekongu””.
W powieści bohaterowie „Mekongu” spotykają się z powracającym na Ziemię synem Babilończyka, porwanym przed kilkoma tysiącleciami przez kosmicznych przybyszów. Fantastyka? Tak, oczywiście. Ale to także powieść o miłości. O miłości, która pokonuje przestrzeń i czas. Miłości, dla której problem wyboru pomiędzy wspólnym uniwersalnym rozumem, do którego przynależy bohater, a niemożliwością powrotu w przyszłości z „słabo rozwiniętej” planety Ziemia na wysoko rozwiniętą planetę Eir rozwiązuje się na korzyść pierwszej – planety, na której Ur, syn Szama, znalazł miłość.